Wielki przypływ

Liczba stron
136
Oprawa
Miękka
ISBN
9788394311803
Waga
0,14 kg
Język
polski
więcej detali

Kategorie

Opis książki

Lampedusa. Włoska wyspa, choć bliżej stąd do Afryki niż do Włoch. Dwadzieścia kilometrów kwadratowych lądu na Morzu Śródziemnym. Najwyższe wzniesienie: sto trzydzieści trzy metry. Drzew prawie nie ma. Ptaki tylko przelatują nad wyspą: jesienią z Europy do Afryki, wiosną - z powrotem. Żyją tu żółwie, króliki i ogromne psy. Oraz sześć tysięcy czterystu Lampedusańczyków, przez których życie przewinęło się około ośmiuset tysięcy uchodźców uciekających przed wojną i ubóstwem. Ich łódki rozbijają się u wybrzeży Lampedusy. Morze wyrzuca na plaże buty, puszki z jedzeniem, dziecięce zabawki... Książka Jarosława Mikołajewskiego to opowieść o wyspie i jej mieszkańcach - lekarzu, księdzu, miejscowym artyście, opiekunce żółwi, profesorze, który kopiuje obrazy Caravaggia - którzy na co dzień obcują z tragedią ludzi przychodzących z morza. Wszyscy dziś jesteśmy Lampedusańczykami.

Opinie czytelników

(3.48)
147 ocen, w tym
27 opinii
5
6
4
11
3
7
2
2
1
1
Proszę , aby dodać opinię.
Twoja ocena
Tytuł opinii
Treść
Uwaga! Proszę wypełnić wymagane pola.

Wielkie rozczarowanie. Oprocz znanej z GW relacji lekarza, po przeczytaniu której, siegnelam po te ksiazke, jest to grafomanskie pitu-pitu, traktat o niczym, egzaltacja autora. Jako czytelniczka czuje sie zrobiona w balona. Bo to, co dostalam, nie powinno byc reklamowane jako reportaz. Nie warto.

Przeczytaj całą opinię
2017-03-27
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

wyspa

Słysząc słowo wyspa, zwykle przywołujemy obraz sielankowego wypoczynku, gdzieś gdzie jest ciepło, niebo przejrzyście błękitne, woda krystalicznie bezbarwna, dookoła palmy, wygodne leżaki, kolorowe drinki z parasolkami i wesoła muzyka. Niestety ten obraz nie zawsze jest zgodny z prawdą. Dziś opowiem Wam o Lampedusie, wyspie opodal Włoch, gdzie oprócz sielankowego wypoczynku, codziennie rozgrywają się ludzkie dramaty i walka na śmierć i życie." Lampedusa jest znakiem wodnym. Jak Wenecja albo Sycylia. (...)Mogłyby nie istnieć. Byłyby wtedy abstrakcyjnym obrazem oderwanym od artysty i jego zamiaru. Archaiczną grafiką, która zagęszcza cały świat - widziany i domyślny, historyczny i symboliczny. Pojedyncze życia - nasze i cudze - bratersko powiązane ze sobą i z nami, którzy patrzymy" (s. 7)Lampedusa, to wyspa należąca terytorialnie do Włoch, tutaj obok plaż wypoczynkowych dla turystów rozgrywają się codziennie ludzkie dramaty. Wszystko za sprawą położenia wyspy. Jest ona najbliżej wysuniętym punktem Europy od wybrzeża Afryki. Lampedusa jest miejscem, gdzie każdej nocy przypływają łodzie emigrantów uciekających przed wojną, dramatem życia, w pogoni za lepszym życiem. Uciekają przez morze na łodziach zupełnie nie przystosowanych do takich transportów, niejednokrotnie godzą się na zaryzykowanie życia, by tylko uciec.Jarosław Mikołajewski w reportażu o emigrantach pokazuje to co jest pomijane we wszystkich debatach, rozmowach, negocjacjach dotyczących przyjmowania bądź nie przyjmowania uchodźców w Europie, mianowicie człowieczeństwo. Wszędzie mówi się o liczbach, numerach, jednostkach osobowych, ale nie widzi się głównego problemu jakim jest dramat człowieka ratującego swoje życie. Opowieść o tej małej wyspie, którą da się obejść na piechotę w ciągu jednego dnia jest opowieścią o ludziach ogromnego serca. Tutaj istnieje niepisana umowa milczenia. Oficjalnie nikt nic nie wie, natomiast rzeczywiście grono ludzi zaangażowanych jest w ratowanie transportów jakim udaje się dotrzeć tutaj. "Wielki przypływ" to ogromny reportaż zamknięty w maleńkiej książce. Sposób przekazania tego wszystkiego jest niesamowicie wylewny, dyskretny i przejmujący. Dramat ludzi uciekających i ogromne serca ludzi, którzy ryzykują wszystko by uratować choć jedną osobę. Dla nich nie liczy się kto jest z jakiego kraju, kto ile ma lat, oni ratują wszystkich. Po tragedii w październiku 2013 roku, kiedy zginęła cała załoga łodzi, trzysta sześćdziesięcioro sześcioro ludzi, świat zwrócił uwagę na skalę zjawiska, ale teraz mało kto już o tym pamięta. Ja po tej książce nie mogę się otrząsnąć. Ogrom uczuć jakie tam targają czytelnikiem jest potężny. Dawka emocji jest niewyobrażalna. Już na zawsze pozostanie we mnie obraz lekarza, który ratuje ludzi w dzień w szpitalu, a nocą chodzi na pomost, bo znów widać transport... jak sam powiedział, jest też lekarzem, który widział najwięcej umarłych ludzi w życiu... oby nikt z nas nie musiał nigdy takiego widoku doświadczyć...Skala zjawiska intryguje mnie od początku, nie rozumiem i nie zrozumiem nigdy przesłanek mówiących o braku szacunku do ludzi uciekających przed wojną. Pomoc ze strony świata jest zerowa, problem wojny w Syrii jest zamiatany pod dywan, nie próbuje się zażegnać konflikt, tylko gdzieś upchnąć ludzi, którzy chcą po prostu normalnie żyć tak jak my. Nie rozumiem jak to się stało, że nie potrafimy pomyśleć co muszą czuć ci ludzie, którzy zostawili wszystko co do tej pory było dla nich ostoją bezpieczeństwa i decydują się na morderczą podróż przez wodę. Jak szybko świat zapomniał jaki dramat rozgrywał się zaledwie 70 lat temu...Polecam wszystkim, absolutnie wszystkim reportaż Jarosława Mikołajewskiego. "Wielki przypływ" to tytuł tak dobrze odzwierciedlający problematykę, że nie sposób przejść obok obojętnie. Lektura obowiązkowa!pełna wersja recenzji znajduje się na blogu subiektywnikliteracki.blogspot.com

Przeczytaj całą opinię
2016-12-03
źródło: http://www.empik.com/p1116317059,ksiazka-p

Reportaż jakich niewiele. Poetycki i piękny a jednocześnie niezwykle ważny i opowiadający o najtrudniejszych sprawach.

Przeczytaj całą opinię
2017-03-26
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

Przytłaczająca prawda o ludziach

Dobry reportaż jest jak espresso - w niepozorności i niewielkim rozmiarze tkwi jego moc. Najlepiej trafia do czytelnika, kiedy jest oszczędny w słowach, wtedy naprawdę daje do myślenia. Do trudnych tematów najlepiej podchodzić na chłodno, ale mało kto potrafi utrzymać emocje na wodzy, kiedy cały świat ignoruje tysiące bezsensownych śmierci.Lampedusa to maleńka wyspa na południe od włoskiej Sycylii. Zasiedlona dopiero w połowie dziewiętnastego wieku, szybko stała się celem morderczych wypraw setek tysięcy obywateli afrykańskich krajów. Wielu z nich dopływa tam w tragicznym stanie, spora część umiera po drodze. Mimo to, rozmawiający z autorem lekarz przyznaje, że Libijczycy czy Nigeryjczycy są na ogół wiele zdrowsi od Europejczyków.Ci, którzy docierają na Lampedusę żywi, nie czują się szczęściarzami. Na miejscu czeka ich niemiłe zderzenie z ponurą rzeczywistością - nie są nawet w połowie podróży do wolności, której tak bardzo pragną. Mieszkańcy nie są im zbyt przychylni; uchodźcy psują tylko idylliczny krajobraz, obniżając swoją obecnością zyski z turystyki. Są jednak nieliczni lampedusańczycy, których misją jest pomaganie przybyszom. Choć często mają do czynienia ze śmiercią, nie są w stanie do niej przywyknąć.Jarosław Mikołajewski wiele razy odwiedził wyspę, za każdym razem starając się dotrzeć do sedna sprawy. Chodź migracja z terenów ogarniętych wojną nie jest nowym zjawiskiem, lokalne władze zdają się nie dostrzegać problemu. Na wyławianie ciał, pomoc uratowanym i monitorowanie kolejnych transportów wydaje się miliony euro. Te same pieniądze można wydać tak, by zapobiec falom imigracji, polepszyć warunki życia w biedniejszych regionach całego świata, bo dziś europejska Ellis Island przyjmuje nawet Bengalczyków. Niestety, mimo upływu lat, zmian nie widać. Na horyzoncie majaczą natomiast kolejne łodzie przepełnione wyczerpanymi ludźmi, którzy za wyrwanie się z koszmaru gotowi są zapłacić każdą cenę.Dla ludzi, którzy mogą coś zmienić temat praktycznie nie istnieje. Palą się do zmiany pojedyncze osoby bez wystarczających środków. Najbardziej irytuje niemoc; wiele można naprawić, uratować wiele istnień, gdyby tylko ktoś wyraził gotowość do podjęcia odpowiednich kroków. Kiedy władze zainteresują się losem uchodźców, którzy z piekła trafiają zaledwie do czyśćca w stylu zachodnim? Obojętność i ignorancja, kolorowe piórka dobrobytu, zabiły w nas zdolność do odczuwania empatii. Jak mocno trzeba potrząsnąć ludzkością, by zaczęła patrzeć dalej niż czubek własnego nosa? Recenzja z: www.book-loaf.blogspot.com

Przeczytaj całą opinię
2015-11-03
źródło: http://www.empik.com/p1116317059,ksiazka-p

Nie wiem, czy ocena nie jest na wyrost, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zakończenie pan Mikołajewski zjebał.

Przeczytaj całą opinię
2017-03-07
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

Piękna okładka i mocna opowieść lekarza, który wyławia (przyjmuje?) zwłoki i żywych uchodźców z pontonów, łodzi i bezpośrednio z morza, u bram Europy, czyli na wyspie Lampedusa. Ale ja znam już te opowieści, z Gazety Wyborczej najpewniej. Pozostałe rozdziały tej cieniutkiej książeczki to dziwne wypełniacze, takie pitu, pitu. Generalnie jestem na nie.

Przeczytaj całą opinię
2016-11-22
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

Dziś jest niedziela, czas dla większości z nas wolny, spędzany wszakże na rożny sposób, ale zważywszy na to iż mamy więcej przestrzeni i okazji w takim dniu na refleksję to zachęcam do przeznaczenia myślę jakiś 100 minut średnio na zapoznanie się z bohaterami tego reportażu Jarosława Mikołajewskiego. Jeśli nie macie aż tyle czasu, to może poświęcicie 10 minut na film podlinkowany na końcu tekstu, a może chociaż 5 minut na to co w skrócie tu przedstawię. Ostatnia opcja jest o tyle niewystarczająca, iż nie czuję się chyba na siłach oddać tego co znajdziecie w tym krótkim, niespełna stustronnicowym reportażu. Mam jakiś opór mówiąc o "Wielkim przypływie" w kategoriach reportażu, bo jest to coś jednak bardziej z gatunku ballady. Jest tu sporo rożnych elementów, które momentami stwarzają wrażenie obcowania z poezją, jakąś opowieścią snutą przez kogoś kto patrzy na to wszystko z góry i próbuje wzbudzić jakąś konkretną reakcję, odzew, działanie. "Wielki przypływ" to historia poświęcona włoskiej wyspie Lampedusa, niespełna dwadzieścia kilometrów powierzchni który dla wielu stanowi pomost pomiędzy Europą i Afryką. To właśnie w to miejsce docierają od dłuższego czasu uchodźcy z Afryki. Lampedusa, która przez całe wieki kojarzyła się głównie z żółwiami, królikami i urokliwymi terenami chętnie odwiedzanymi przez turystów z całego świata, od pewnego czasu jest na ustach Europy z uwagi na fakt właśnie uchodźców. Przewinęło się przez nią według szacunkowych danych około ośmiuset tysięcy ludzi uciekających przed wojną, ubóstwem, czy też innym rodzajem niedoli. Są to ludzie pragnący lepszego życia, co przez jednych z nas jest rozumiane, a jeszcze inni zdają się z tym mieć duży problem. Dziwi mnie osobiście strach i opór rządzących blisko czterdziestomilionowym narodem przed kilkudziesięcioma tysiącami ludzi pokrzywdzonych bądź co bądź fizycznie, psychicznie i ekonomicznie, bo wydaje się to być kropla w morzu. Tym bardziej po przeczytaniu tej książki Mikołajewskiego wstyd mi za dużą część mieszkańców naszego kraju, kiedy widzę heroizm, empatię i chęć niesienia pomocy tym ośmiuset tysiącom podczas gdy cała populacja ich wyspy wynosi sześc tysięcy czterystu Lampedusańczyków. Tym większą czuję złość na bierność Europy, im bardziej wzruszam się nad postawą choćby doktora Pietro Bartolo - jednego z bohaterów "Wielkiego przypływu", który od 25 lat stoi wiernie i dzielnie na posterunku i pomaga przybyszom z za morza. Tym bardziej zastanawiam się nad intencjami wpływowych tego świata, że nie stworzą pomostu humanitarnego dla uchodźców, ale wolą akceptować istnienie organizacji przestępczych, które czerpią krociowe zyski z przemytu ludzi, bazując na krzywdzie ludzkiej i dopuszczając się gwałtów, morderstw i innego bestialstwa. Budowanie murów, zasieków, odruchowe przewijanie postów na internetowym wallu, przełączanie migawek w wiadomościach, przechodzenie do porządku dziennego nad informacjami o setkach ludzi, którzy umierają w drodze do Europy... to postawy na które nie ma mojej zgody i dlatego nagłaśniam tą książkę, która pokazuje, że można jak doktor Bartolo inaczej. W "Wielkim przepływie" znajdziemy też innych bohaterów, takich jak lekarka zajmująca się żółwiami. Ona w odróżnieniu od księdza, który postuluje karmienie tylko i wyłącznie ludzi, upomina się o prawo dla pożywienia a tym samym życia dla wszystkich żyjących istot. Poznamy też bojownika o pamięć i kulturalny rozwój wyspy, który zbiera przedmioty po przybyszach z Afryki i tworzy swego rodzaju pomnik pamięci, aby poruszyć sumienia. Spotkamy również historyka, który pokazuje jeszcze jeden absurd, dotyczący między innymi braku logiki w podstawach niektórych Polaków. Otóż pojawiły się swego rodzaju głosy, że napływ cudzoziemców i reprezentantów innych kultur spowoduje zagrożenie i zanik tradycji i kultury ludności miejscowej. Jak pokazuje historyk ludność miejscowa sama tego gwałtu na tradycji, historii i kulturze dokonuje poprzez rozmaite wynalazki i cuda techniki kosztem wierności choćby miejscowej architekturze i zwyczajom. Coraz częściej ludzie na włoskiej wyspie wstydzą się, że kiedyś chodzili boso i wywodzą się z prostego ludu. Chowają się za swoimi IPhonami. Czyżby u nas nie działo się to samo ? osinskipoludzku.blogspot.com

Przeczytaj całą opinię
2016-10-09
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

Współczucie jako doświadczenie graniczne – o lekturze „Wielkiego przypływu” Jarosława Mikołajewskiego (Warszawa 2015) Pisanie reportażu to sytuacja nietypowa dla poety i eseisty. W takiej właśnie sytuacji postawił się Jarosław Mikołajewski opisując swój pobyt na włoskiej wyspie Lampedusie w książce „Wielki przypływ”. Lampedusa jest wyspą, której bliżej do Afryki, niż Europy. Dwadzieścia kilometrów kwadratowych lądu. 6 tys. mieszkańców, z czego 400 to przedstawiciele służb porządkowych i wojska. W wywiadzie przeprowadzonym przez Emilię Klimasarę dla portalu etnosystem.pl autor powiedział, że chciał podczas tej podróży zaobserwować, co nas różni od Lampedusańczyków. Dlatego napisał książkę nie o uchodźcach, ale o ludziach, przez których życie przeszło kilkaset tysięcy migrantów z wielu różnych krajów. Być może napisał „Wielki przypływ” także dlatego, że nie wystarczyły trzy wcześniejsze jego reportaże o wyspie, których - poza posłem Tadeuszem Iwańskim – nie zauważył żaden polski polityk. Lub dlatego, że śmierć 03 października 2013 roku 366 uchodźców nie przyniosła oczekiwanego wstrząsu i działania. Przede wszystkim jest to opowieść o lekarzu żywych i umarłych – doktorze Pietro Bartolo, który podczas niedawnej wizyty w naszym kraju (na zaproszenie „Klubu Trójki”) był po raz pierwszy od 24 lat w pubie. Widział i badał wszystkich uchodźców na wyspie, nie opuścił ani jednego transportu. Codziennie od 1991 roku. Kobiety, z których prawie każda była zgwałcona. Gwałtom sprzyja fakt, że podróż jest długa i skomplikowana. Kobiety idą do Libii z Nigerii, Somalii, Senegalu, Mali, Beninu, Bangladeszu i Syrii. Tych, które urodziły podczas zatonięcia, kiedy pod wpływem duszenia się macica wywołuje skurcze, Bartolo nie rozdziela z dziećmi – każe chować razem, w jednej trumnie. Doktor Bartolo jako jeden z nielicznych na wyspie mieszkańców zauważa, ze system niesienia pomocy uchodźcom funkcjonuje bardzo dobrze. Nie działa tylko cała reszta. Ta, przez którą ludzie muszą wciąż wypływać w pontonach na morze i tam ginąć. Syryjczycy płacą za podróż 5-6 tys. euro za osobę. Jeden duży transport to od 1 mln do 1,5 mln euro. Na razie bandyci wciąż się bogacą, my płacimy za pomoc imigrantom, a ludzie wciąż giną na morzu. „Wielki przypływ” jest także opowieścią o pielęgniarce żółwi – Danieli Freggi, która po pracy w tutejszej szkole prowadzi szpital dla - wciąż znoszących jaja na wyspie – carreta carreta. Z ich wnętrzności w szpitalu Danieli wyciąga się metalowe kulki, haczyki rybackie i plastik. Zwłaszcza reklamówki, które żółwie mylą z pokarmem – z meduzami. W 2011 roku, po rewolucji w Tunezji, na Lampedusę przypłynęło w krótkim odstępie czasu kilka tysięcy Tunezyjczyków. Policja nie miała gdzie ich umieścić, więc wpuściła ich do szpitala Danieli. Spali wśród żółwi, niszczyli sprzęt i meble. Nieumyślnie, z powodu tłoku. Daniela ma żal do swojego rządu, że jej nie uprzedził. Nie zamknęłaby wtedy szpitala przed uchodźcami, ale zabezpieczyła sprzęt. Straty liczy do dziś. Na Lampedusie nie brak miejscowego barda – buntownika, muzyka i poety, Giacomo Sferazzo. Założył ze znajomymi muzeum – miejsce pamięci poświęcone uchodźcom, w którym rolę eksponatów pełnią rzeczy towarzyszące imigrantom: plastikowe gazety z arabskimi napisami, buty, ubrania, wydania Koranu, zabawki dzieci… Giacomo, po katastrofie z 03 października 2013 roku, domaga się utworzenia korytarza humanitarnego, aby uchodźcy mogli bezpiecznie docierać do Europy. Twierdzi, że jesteśmy im to winni, bo to my wytwarzamy broń, którą walczą muzułmańscy ortodoksi i to my wyzyskujemy afrykańską ziemię. Jako jeden z nielicznych mieszkańców chce rozmawiać o uchodźcach. Tutejsi mają dosyć pisania przez dziennikarzy o Lampedusie, jako o miejscu cierpienia i umierania. Przecież żyją z turystyki. Z tego, że w owym pamiętnym 2013 roku Travellers Choice Awards uznało Wyspę Królików, lampedusańską zatokę z cyplem, za najpiękniejszą plażę na świecie. Na Wyspie jest także Archiwum Historyczne prowadzone przez Antonia Taranto. To on dostrzega, że obecna pani burmistrz wyspy, Giusi NIcolini, jest obecna na pomoście przy uchodźcach tylko wtedy, gdy jest tam telewizja, do tej pory natomiast nie wykupiła większego skrawka ziemi, gdzie można by w jednym miejscu chować zmarłych imigrantów, zamiast rozwozić ich ciała po kilkunastu włoskich wyspach, co utrudnia poszukiwania rodzinom zmarłych (mimo rzetelnie prowadzonej dokumentacji). Poliambolatorium służące imigrantom jest niemal w całości dziełem poprzedniego burmistrza – profesora Giovanni Frangapane, największego autorytetu moralnego, naukowego i artystycznego Lampedusy. Działającego dziś w całkowitej izolacji z racji tego, że jest przedstawicielem innej frakcji, niż obecna władza. Obecnie profesor kopiuje Caravaggia i sucha Chopina. Tutejszy ksiądz, Don Mimmo, na kazaniach każe zastanawiać się mieszkańcom, co zrobią z wyobrażeniem imigrantów o Europejczykach, jako ludziach żyjących w dobrobycie i pokoju. Bo przecież inaczej imigranci nie uciekaliby do nas. Mówi wiernym, że „najpoważniejszą przyczyną życiowej stagnacji jest czekanie na tę właściwą dobrą okazję do prawdy i odwagi”. Być może to dzięki kazaniom proboszcza Mimmo otworzyły się serca mieszkańców wyspy. To właśnie na Lampedusie Jarosław Mikołajewski widział kobiety płaczące na brzegu, ponieważ dopiero co rozdały uchodźcom suche ubrania, a teraz przypłynął nowy transport i one już nie miały co dać. Ten obraz stał się pierwszym impulsem do napisania „Wielkiego przypływu”: do poszukiwania co takiego jest w Lampedusańczykach, czego my nie mamy. Te różnice da się ująć w zdaniu, wypowiadanym przez jednego z bohaterów książki Mikołajewskiego: „Wszystkie nieporozumienia biorą się stąd, że wmawia się nam rzeczy, które nie istnieją”. Nieporozumieniem był zakaz pokazywania w węgierskiej publicznej telewizji kobiet i dzieci w tłumie uchodźców. Nieporozumieniem jest epatowanie doniesieniami o wykroczeniach popełnianych przez uchodźców – przecież zła informacja, to dobra informacja dla mediów. Nieporozumieniem także jest deklaracja polskiego rządu o tym, że przyjmie jedynie określoną ilość uchodźców i tylko chrześcijan – przecież całkiem niedawno, po drugiej wojnie czeczeńskiej, przez Polskę przewinęło się ok. 90 tys. muzułmanów z Czeczenii i nie było z tego powodu żadnych problemów. Zanim więc przeprowadzisz krzywdzące i prymitywne porównanie, że uchodźca=muzułmanin=terrorysta, zastanów się, kto ma interes w tym, byś tak właśnie myślał? Zanim powiesz: „Nie wpuszczajmy więcej tych brudasów”, zastanów się, jak powstrzymamy miliard umierających z głodu ludzi? Uciekających przed wojną, terrorem, cierpieniem? Jakimi murami, zasiekami się od nich ogrodzimy? Jarosław Mikołajewski, we wspomnianym na początku wywiadzie, powiedział, że napisał „Wielki przypływ” dla ludzi żyjących w polskiej kulturze, „którym się wydaje, że pomiędzy doświadczeniem a współczuciem, pomiędzy doświadczeniem a zbawieniem chodzi winda. Nie chodzi winda, bo istnieją po drodze bardzo strome schody doświadczenia”. Warto powoli i z mozołem wspinać się na te schody, by za obrazem tłumu uchodźców w prasie i telewizji poszło przeżycie, które by - tak jak doktorowi Bartolo – nie dawało spokoju, jątrzyło i nie pozwalało spać. Tylko wtedy może się coś zmienić.

Przeczytaj całą opinię
2016-10-09
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

O niezwykle ważnej książce, rzucającej nowe światło na problem tysięcy ludzi, którzy każdego dnia próbują dostać się do Europy (nawet za cenę własnego życia), przeczytacie na niespodziegadki.pl http://niespodziegadki.pl/2016/09/22/pomosty-wyciagaja-rece-w-strone-afryki-jak-matka-jaroslaw-mikolajewski-wielki-przyplyw/

Przeczytaj całą opinię
2016-09-23
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303

Czyta się to przyjemnie, może aż za bardzo. Autor to erudyta i koneser wszystkiego, co powoduje że słowa się wlewają do naszych uszu jak rtęć i jak rtęć tracą przyczepność. Owszem - pojechał na Lampedusę, owszem - spotkał się z "najważniejszymi osobami na wyspie", owszem - poszedł na cmentarz. Szkoda tylko, że zrobił to z walizką, gotowy do powrotu w bezpieczniejsze miejsce. Jagielski na Bliskim Wschodzie, Szczygieł w Czechach, Mikołajewski we Włoszech. Z tego cieszę się najbardziej.

Przeczytaj całą opinię
2016-08-13
źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/271303
z 3